wtorek, 1 września 2015

Szukamy bohatera, którego nie chcemy wykreować

Znowu enigmatyczny tytuł. Tak to już jest z ludźmi, walczącymi z rzeczywistością. Nikt ich nie rozumie, cholera, nawet oni siebie nie rozumieją. Przed wami kolejny post mistrza bzdur wyssanych z palca – Azamera. W przeciwieństwie do moich koleżanek i kolegi z Pisarzy Amatorów nie będę pisał o technikaliach (nie znam się na tym), czy też raczył was recenzjami (na czym znam się jeszcze mniej). Będę po prostu robił swoje: pisał co mnie gnębi, co mnie podnieca… Że tak nie do końca sparafrazuję pewien film.

Ostatnio jestem poszukiwaczem, pragnę odszukać charyzmatycznego bohatera na miarę Dantego z Devil May Cry, czy Ogi Tatsumiego z Belzebuba. A z książkowych przykładów to np. Rolanda z „Mrocznej Wieży”, czy Ryszarda Zwierzchowskiego z „Dreszcza”. Szukam, szukam, szukam, znalazłem Afro Samuraja, połknąłem, szukam dalej. Więcej heroizmu, więcej zasad, więcej akcji. Niczym ćpun na głodzie, szperający po szafkach za kolejną dawką.

Jak zwykle podzieliłem się tym z moimi przyjaciółmi. Co usłyszałem? „Pragniesz bohatera? To go sobie stwórz”. I tutaj właśnie pojawia się problem. Poznawczy, percepcyjny, odbiorczy. Problem z różnicą uczuć między własnym a cudzym tworem. Powiedzmy, że tworzysz wymarzonego bohatera, opisujesz jego przygody, kreujesz dla niego świat, który kręci się wokół jednej postaci. Twój świat, twoje kredki.

Ale to nie do końca jest to, czujesz, że stworzyłeś sztuczną kalkę swojego wyobrażenia. Niby trafiło się we właściwe tory, schematy, ale… Nigdy nie będziesz zadowolony ze swojego dzieła. Swojego bohatera, który u innych wydaje się idealny a na papierze wyryty własnym długopisem zdaje się blaknąć i zmieniać w tandetę.

Przyjmijmy jednak, że stworzyliśmy bohatera, który jest kopią tych z ekranu czy kart powieści. I to nie kopią w negatywnym aspekcie, po prostu opisujesz jego nowe przygody posługując się gotową postacią. Taki mini pseudo fanfik, czy jako to się konkretnie zwie. I załóżmy jeszcze, że twój kolega (o umiejętnościach pisarskich i wyobrażeniowych podobny warsztatem do ciebie) napisze swoją, inną historię z tym bohaterem. Bo przecież teoretycznie mogłoby tak być. Co nie? (mrugnięcie okiem szalonego teoretyka).

Spotykacie się, dajesz mu tekst i mówisz: „w sumie średnie”. On czyni podobnie z tymi samymi słowami. Co ciekawe zachwycacie się swoimi historiami. Dlaczego? Nie tylko dlatego, że samemu twórcy przeważnie nie podobają się jego dzieła. Odejdźmy od tego prostego wytłumaczenia. Dlatego, że chcesz tego bohatera zawartego, w powiedzmy, „novum”, innej otoczce, nowej historii. A czy twoja historia układana w głowie może być dla ciebie nowa, skoro ją znasz na ułamek sekundy przed tym nim ją przelejesz na papier (a czasem i dużo wcześniej dla osób, które planują swoje fabuły)?

Właśnie dochodzimy do dysonansu pomiędzy autorem a odbiorcą. Chcesz być autorem dla siebie i dla ludzi, którym się twoja twórczość podoba. Kropka. Chcesz odczuwać przyjemność z czytania o w sumie znanych schematach bohaterów z nowymi przygodami. Kropka. Jesteś autorem i odbiorcą, karmisz innych a nie jesteś karmiony.

Tak naprawdę to nie potrafię wam jasno powiedzieć, które z uczuć jest silniejsze, lepsze, bardziej, hmmmm narkotyczne. Czy większa jest przyjemność z dostrzeżenia błysku aprobaty w oczach swoich czytelników, czy też satysfakcja z czytania/oglądania ulubionych bohaterów. Wiem w sumie tylko jedno, z mojej całkowicie subiektywnej strony. Lepiej czasami być głodny, lecz nakarmić innych niż wciąż tracić czas na szukanie zaspokojenia własnych zmysłów.

I tym metaforycznym bełkotem będę powoli kończył. Powoli, gdyż oczywiście jeszcze parę słów tu padnie. Chciałbym żebyście docenili, że nie powiedziałem nic o fantazmatach (a w sumie na nich wspomniane uczucia się opierają, na nakładaniu się wizji autora i odbiorcy, zapraszam do poprzednich tekstów). W końcu weźmiecie mnie za staruszka, który wciąż klepie o tym samym. A tego bym nie chciał. Aha i o początku szkoły też nic nie wspomnę (za późno).


Władca nieprzerwanego bełkotu, Azamer

3 komentarze:

  1. Ileż można czekać na kolejny post, hmm? Fajnie, że wreszcie jednak coś napisałeś :D
    Ze swojej strony mogę powiedzieć tylko, że pisanie o bohaterze, którego sam od początku do końca kreujesz, może mieć równie narkotyczny efekt jak czytanie o bohaterze, który trafia w twoje gusta i potrzeby. Twoja własna postać, jak się wydaje, nigdy nie będzie idealna dla ciebie, za to możesz poprawiać w niej to, co ci nie leży, wprowadzać mniej czy bardziej istotne zmiany. Jeśli coś czytasz (bądź też oglądasz), nie masz takiej możliwości. Brak wpływu na to, co się dzieje, również może zniechęcać lub powodować, że bohater, z pozoru idealny, traci dla ciebie swoją wartość. Za to postać, którą możesz kształtować według własnego widzimisię, choć wciąż nie idealna, może być znacznie bliższa tego ideału, którego szukasz.
    Poza tym jest jeszcze fabuła, która co prawda powstaje w twojej głowie i, jak trafnie ująłeś, jest ci znana, nim przelejesz ją na papier. Wszystko się zgadza, lecz są sytuacje (miewam tak, więc znam to niejako z własnego doświadczenia), kiedy to, co piszesz, może samo zacząć toczyć się własnym torem bez twojego wyraźnego udziału. Wtedy, niemal jak w przypadku czytania dzieł innych, stajesz się obserwatorem (pozostaje tylko jeszcze kwestia zanotowania wszystkiego we właściwy sposób). To też wciąga i potrafi dać satysfakcję. A jeśli dodatkowo to, co stworzysz w przypływie weny tak silnej, że niemal popadasz w trans, co w jakimś stopniu podoba się tobie, spodoba się też innym, satysfakcja jest tym większa. I możesz być dumny ze swojego tworu :D
    Raczej wiele nowego tu nie wniosłam, ale miło było mieć znowu okazję do napisania względnie obszernego komentarza :) Pozdrawiam i do następnego razu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiem że dawno mnie nie było, ale nie cierpię pisać z musu. Zazwyczaj takie eseistyczne formy pisać pod wpływem pomysłu/problemu/zagadnienia. Zawsze możesz napisać o jakimś problemem, który Cię gnębi a ja się nad nim pochylę. Lub jakbyś po prostu chciała znać moje zdanie na jakiś temat. Tak czy inaczej jestem trochę zajęty własną twórczością (adres wrzuciłem Ci w komentarzu na Twoim blogu) jakbyś chciała zajrzeć. I cóż, to by było na tyle. Dzięki za komentarz i do następnego razu. /Azamer

      Usuń
  2. Twój post mi przypomniał czemu "nie lubię" czytać książek. Znaczy to nielubienie jest takie... specyficzne. Mam specyficzny gust, co do bohaterów i pamiętam ze swoich młodzieńczych lat jak wypadało czytać literaturę młodzieżowa, gdzie główną bohaterką jest nastolatka to zazwyczaj ta książka lądowała w bibliotece bądź na półce, bo z każdą stroną w mojej głowie pojawiało się "boże, jak ta bohaterka mnie wk******* " - nazwę to "po męsku". Zauważyłam też takie dwie prawidłowości, które chyba w całej literaturze są zmorą. Mary Sue jest takim klasykiem. Ale jest też Anty Mary Sue. To taka biedaczka, gdzie autor kumuluje wszystkie przykrości: sierota, z rozbitego domu, brzydka, gruba, zaniedbana, wyśmiewana, "tak bardzo outsiderska", "zimna suka", która chroni w taki sposób swoją wrażliwość (mój osobisty faworyt).... a potem w trakcie książki to się odmienia. Spoko, może to sposób na wsparcie psychologiczne nastolatek... a potem kobiet w literaturze kobiecej (łojoj, mąż jej nie kocha, dzieci nie zauważają, też jest zaniedbana i ma kilogramy po ciąży, a koleżanki to wypucowane szprychy z korpo, a ona jest wyśmiewana bo została z dziećmi w domu).
    Pamiętam, że po przeczytaniu "Buszujacego w zbożu" tak "pokochałam" Holdena Caufielda, że po prostu nie mogłam znaleźć innej książki, gdzie bohater był taki... fajny (bogaty zasób słów, tak). Potem był "Charlie", gdzie niby to miał być następca "Buszującego"... nie był, ale był znośny. Mogłabym wymieniać długo jakich bohaterów lubię, ale to chyba by nawet w czasie 8h rozmowy się nie skończyło.
    Podsumowujac: mam taką tolerancję na bohaterów, gdzie mają tak nieidealnie wyważone proporcje. Nikt nie musi być "dobrym wujkiem" dla wszystkich: świetny ojciec może być nieobecnym mężem, a na dodatek "tyranem" w pracy. Lubię takie układy.
    W swoich pracach nigdy nie posiłkuję się na swoich ulubionych typach tylko działam na tej wieloznaczności bohatera. Ktoś kogoś lubi, ktoś nie. Jednego by najchętniej utopił w łyżce wody, drugi dostaje nieszczery uśmiech. No i staram się nie dopasowywać bohatera do fabuły tylko fabułę do bohatera. Dobrze to działa, jak ma się ochotę "posiedzieć" w głowie każdego większego bohatera. Można sobie pozadawać takie pytania w stylu "gdyby coś się stało bohater uratowałby siebie czy inną osobę". Taki portret psychologiczny stwarza wiele możliwości przy konfliktach, bo nie jest wtedy "martwym sporem" tylko można go rozwinąć: kto gra fair, a kto nie.
    Mogłabym ci "opowiedzieć" to na przykładzie, bo pisać mi się tego nie chce. Może kiedyś.

    A na koniec podsumowanie: autor nie może być usatysfakcjonowany bohaterem. To za duże słowo... poza tym bohater nie jest do kochania... ma być użyteczny. Pisarz może być zadowolony, jak na początku skonstruuje dobrą postać i po "przepuszczeniu jej przez fabułę" dociera mniej więcej do punku, w którym zamierzało się znaleźć.

    OdpowiedzUsuń