poniedziałek, 7 września 2015

Jakub Ćwiek - Kłamca. Papież Sztuk

Miała być sława i pieniądze, a wyszło jak zawsze. Tak możemy określić dotychczasowe plany  Pisarzy Amatorów (co w końcu postanowiliśmy zmienić, aby to nie były tylko plany!!!) i losy Lokiego w najnowszej części Kłamcy autorstwa Jakuba Ćwieka. Znaczy, najnowszej, ale pozwalającej nam lekko cofnąć się w czasie. Czyli tak pomiędzy Boga Marnotrawnego i Machinomachię, a Ochłap sztandaru. I o ile nie musimy znać treści Kłamcy 2.5 to bez przeczytania drugiej części z cyklu od razu się pogubimy.
O ile już wcześniej byłam zaznajomiona z tą polską interpretacją Lokiego w zdecydowanie amerykańskim stylu, to gdy tylko zobaczyłam okładkę na półce w Empiku, poczułam, że MUSZĘ ją mieć. I może spodziewałam się wtedy czegoś innego, ale nie zawiodłam się. No bo przecież nic tak nie cieszy jak przygody nordyckiego boga, który nie dość, że musi załatwiać wszystko za anioły, to jeszcze nie pozwala im się nudzić!
Loki też człowiek i chce zarobić. No może nie człowiek, ale zarobić chce. A ktoś, kto przeżył tyle co tytułowy Kłamca może zarobić w bardzo łatwy sposób – sprzedając pomysł na scenariusz. I właśnie w ten sposób powstał nowy hit telewizji - Bóg pośród nas. Jak już wszyscy wiemy, żyjemy w złotym wieku seriali, które zyskują większy rozgłos od filmów. W książce Ćwieka nie jest inaczej. Główny bohater serialu, jest niczym bóg. Dosłownie. Każdy o nim myśli, chce nim być, oddałby wszystko, aby spędzić z nim chociaż chwilę. To uwielbienie płynące od fanów pozwala oderwać się od świata zwykłych, szarych śmiertelników.
W ten sposób właśnie powstaje Dezyderiusz Crane, postać z ekranu, przeniesiona do prawdziwego świata. Ma władzę nad popkulturą (filmami, ale tak ładniej brzmi), czyli może zrobić praktycznie wszystko, co weszło już do kanonu jakiegokolwiek gatunku filmowego, od westernu do porno. Crane jest wręcz idealny, a brakuje mu jedynie skromności, a co za tym idzie, to że nie ukrywa swego talentu do tworzenia cudów. To z kolei nie jest na rękę Lokiemu, bo jeśli jego pracodawcy dowiedzieliby się co znowu zrobił, delikatnie mówiąc, pogniewaliby się na niego. Jakby już samo umawianie się z ulubienicą Szefa nie wystarczyło.
Jest to książka o tyle wyjątkowa, że od początku do końca czytamy jedną historię, a nie powiązane ze sobą opowiadania, do czego przyzwyczaił nas w poprzednich częściach Ćwiek. Mamy za to ciekawą narrację, kilka zagrań, które pozwalają nam na przypomnienie sobie, że rzeczywiście czytamy o bogach i aniołach, a nie jakichś nie do końca nadających się do swojego zawodu glinach. I to, co jest tak charakterystyczne dla tego autora, czyli fragmenty, które zdają się być wręcz przeniesione na papier z jakiegoś hollywoodzkiego blockbustera.
I tak, rzuca się to w oczy nawet w tej książce, której fabuła opiera się przecież właśnie na tym, jak wielką popularnością cieszą się takie filmy. Nie jest to żaden minus. Wręcz przeciwnie, miło przypomina to, co dokładnie czytamy. Bo nie jest to literatura najwyższych lotów. Jest to po prostu bardzo fajnie napisana książka po którą sięga się z przyjemnością, bo chce się czegoś co dostarczy nam rozrywki. I o to chodzi. I Kłamca jest do tego idealny. Oczywiście, mamy trochę poważniejsze fragmenty, ale zaraz dla rekompensaty przenosimy się do krainy zamieszkałej przez stworzonka z Kubusia Puchatka.
Dla mnie, książki Ćwieka, łącznie z tą, są jednymi z najciekawszych pozycji na naszym rodzimym rynku. Papież Sztuk w niczym im nie ustępuje. Jest to inne, nie do końca poważne, spojrzenie na współczesny świat. I jeśli tylko przymknę oko (no dobra, zupełnie zamknę) na moje własne przekonanie oraz poglądy, to mogę się w pełni, nieskrępowanie wciągnąć w lekturę i dość lekko poprowadzoną w niej akcję. Kiedy jednak tego nie zrobię, to co chwilę będę wzdychała i przewracała oczami nad aż nazbyt widocznym rasizmem, homofobią i stereotypami. Oprócz tego, czy mam się do czegoś przyczepić? Nie. Po książkę sięgnęłam, aby przeczytać coś wciągającego i pozwalającego odpocząć umysłowi. Pod tym względem spisała się idealnie. Pod innym.... No, powiedzmy, że inne względy się tu nie liczą. Jest Loki, Eros i Bachus, są anioły – jest zabawa.

Polecam cały cykl, bo i z recenzji jednej tylko części wyszła ogólna gadanina o Kłamcy jako całości. Na pewno nie stracicie czasu, a jedynie go sobie umilicie.
Kejt

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz