Nie oceniajmy innych po tym o czym czytają lub piszą, ale co
czytają i jak piszą.
Ostatnio trochę za dużo myślę o byciu sobą i odnajdywaniu
tego wewnętrznego „ja”. Dlatego będzie to też po części wpis lifestylowy, a nie
do końca o książkach. Ale to też jest ważne, obiecuję.
Każdy z nas jest inny. Lubi inne rzeczy, czuje inaczej, ma
inne priorytety. I to powinno być, aż nazbyt oczywiste. Niestety nie jest. Bo
lubimy oceniać. Jest przyjęty jeden wzór tego jak powinna zachowywać się
kobieta, a jak mężczyzna i z małymi wyjątkami staramy się go trzymać. A co
jeśli tego nie zrobimy? Tak, teraz ta „odmienność” jest wręcz pożądana. A
jednocześnie wpasowana w pewne schematy. Chcesz być uznany za wartościowego?
Nie możesz oglądać tych filmów, czytać takich książek, słuchać takiej muzyki.
Co jeśli jednak to robisz? Możesz przecież lubić najnowsze twory popkultury jak
i nieznanych nikomu, niszowych autorów. Bo czemu nie? Czy jeśli zachwycasz się
filmami Jarmuscha, nie możesz dobrze bawić się na kolejnej części Avengers?
Przecież mając na telefonie kilka playlist wypełnionych soundtrackami z
musicali, których zapewne nigdy nie zobaczysz na własne oczy, czy nawet nie
obejrzysz w dobrej jakości na youtubie, możesz słuchać Abby. W końcu i tak
wszyscy chcą tańczyć do Wannabe i Everybody. Więc co jest złego w cieszeniu się
tym na co dzień i nie wstydzeniu się?
A co to ma wspólnego z książkami i pisaniem. To, że o kilka
razy za dużo byłam zapewniana przez moje rówieśniczki, że czytają 50 twarzy
Grey'a, pomijając wszystkie sceny seksu i skupiają się na fabule, a sama była
upominana przez moją rodzicielkę, aby publikując gdzieś moje opowiadanie nie
było ono „nieodpowiedni”. Albo byłam krytykowana, kiedy zaśmiałam się przy
przyjaciółce z odpiski, którą dostałam na rpg, od znajomej, która akurat była
częścią całkiem niezłej sceny erotycznej. Ale nie oznacza to, że nie będę się
cieszyć tym co lubię i będę to ukrywać. Czemu? Bo to lubię!
Znaczy nie zapędzajmy się tak. 50 twarzy nie cierpię. Fajnie
się z tego śmieje, ale potem zdajemy sobie sprawę, że ktoś traktuje to
poważnie. Co jest złego w tej książce zasługuje na osobny post (chcecie taki?).
Ale, jeśli ktoś mówi mi, że czyta całą trylogię i omija sceny seksu, bo
interesuje ją tylko fabuła, to mam ochotę roześmiać się jej w twarz. Pomijając
fakt, iż nie ma tam fabuły, to... Po co sięgasz po 50 twarzy Grey'a, jeśli nie
po seks?!Serio, dajcie mi jeden powód do przeczytania tej książki, który nawet
w najmniejszym stopniu nie jest związany z seksem. Bo ja takiego nie widzę.
Więc dziewczyny, nie wstydźmy się przyznawać do tego, że jesteśmy istotami seksualnymi
i też czasem o ty myślimy. Tylko czytajcie dobre rzeczy, zwłaszcza jeśli na tym
może oprzeć się wasze późniejsze wyobrażenie na ten temat.
Z drugiej strony to czemu dzieło E.L. James jest mimo
wszystko tak powszechnie akceptowane, a taki Sukkub Edwarda Lee, już nie? W obu
jest ten „niekonwencjonalny seks”, a druga, już typowo adresowana do dorosłej
publiczności, nie nastawiona na wyidealizowane love story z toksycznym
związkiem na pierwszym tle. Sukkub ma pokazywać seksualność jako siłę i władzę
wraz z torturami i praktykami, które owszem, są spotykane, ale autentycznie
sprawiają, iż czytelnika boli lub obrzydza. Czyli tak jak planował to autor.
Z pisaniem jest podobnie. Bo mogę sobie pisać porno, mogę
pisać porno ze znajomymi, ale muszę wiedzieć jak i po co to robię. Jeśli chcę
to wydać, to się przykładam i nie sprawiam, iż czytelnik podważa moją znajomość
działań ludzkiego ciała. Jeśli dla siebie lub kogoś kogo znam, to już jak tyko
mi pasuje. A co zresztą? Chcę napisać o wyjątkowo brutalnym morderstwie, a może
satanistycznych praktykach? Coś kontrowersyjnego? Proszę bardzo! Ale jeśli mam
to komuś pokazać, lepiej, abym pisała dobrze. Publiczność pod dany temat
zawsze się znajdzie. A ci, którzy są ślepi na brak resztek talentu
literackiego... o nich już ciężej. A jeśli ktoś napisze coś w stylu „Jak możesz
pisać o czymś takim?! To obrzydliwe!” to miejcie to gdzieś. Jak im się nie
podoba niech nie czytają.
Nie bójcie się tego co ktoś o was pomyśli. Ludzie i tak za
pewne myślą o was różne rzeczy, tylko o tym nie wiecie. A zawsze możecie być
trochę szczęśliwsi i czuć się lepiej. I jeśli chcecie pisać o czymś co dla was
ważne, ale boicie się reakcji innych, to piszcie. Tylko dobrze. A ta książka,
która pewnie wywołałaby zawał u waszej babci? Ważne, że wam się podoba. Czemu
zdanie innych ma być ważniejsze od waszego? Tylko niech to będzie na
jakimkolwiek poziomie.
Jakiś przykład do tego? Zmierzch. Ta książka jest ciągle
krytykowana, ale ja będę jej bronić w każdej chwili. Czemu? Bo była adresowana
do młodych nastolatek, które dalej mają tą wizje księcia na białym koniu. A
właśnie przez to każdy miesza ją z błotem. Bo chociaż nie jest to literatura
najwyższych lotów, to autorka ma bardzo przyjemny styl pisania, widać, iż miała
na to jakiś pomysł, a gdyby wywalić z tego wątek miłości Edwarda i Belli, a
skupić na postaciach drugoplanowych, wyszłoby z tego coś naprawdę dobrego.
Jeśli mogę coś jeszcze dodać, to tylko to, że nie ma nic
lepszego niż widok osoby, która opowiada o tym co uwielbia. Nawet jeśli jest to
jakieś znienawidzone przez nas anime. Nie wstydźcie się więc tego co lubicie i
chcecie robić, oglądać, czy czytać, a skupcie się na jakości. Chociaż, od razu
zaznaczę, nie zawsze jest ona tak ważna, jednak dostrzegajmy jej braki. A wy co
o tym myślicie? A może macie jakieś swoje małe guilty pleasures? Mam prośbę,
napiszcie o tym w komentarzach, albo tylko do mnie. Podzielmy się tym z innymi.
Może dzięki temu kto odważy się napisać kolejny bestseller lub przestanie się
obawiać opinii innych.
Za uwagę
dziękuje, zadziwiająco pozytywna Kejt
Chyba jesteś jedną z pierwszych spotkanych przeze osób w internetach, które całkiem poważnie publicznie przyznają się do tego, że będą bronić "Zmierzchu" i widzi jakieś plusy w tej sadze. Dla mnie spoko postawa, daję za nią propsy, nawet jeśli mam zgoła odmienne zdanie ;)
OdpowiedzUsuńW zupełności zgadzam się z Twoim postem i uważam, że wbrew pozorom trudną sztuką jest sięgnięcie po wtórne pomysły i przedstawienie ich czytelnikowi w taki sposób, by były zjadalne(naszła mnie nawet myśl, czy takie "Panny z Awinionu" Picassa byłyby tak sławne, gdyby były po prostu kolejnym, klasycznym aktem? - Podejrzewam, że wątpię). Dlatego do moich ulubionych historii należą te, w których autor bawi się oklepanymi motywami i konwencją, potrafiąc zaskoczyć nawet w najbardziej sztampowych momentach.
Moje własne guilty pleasure? Znienawidzone przez Was anime -> te najprostsze, najbardziej sztampowe shouneny, skupione wokół krzykliwego głównego bohatera, który albo a) jest już wybrańcem mającycm zbawić świat, albo b) szuka siły i pojedynkuje się z każdym, kto się napatoczy ;)
Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy
Zmierzch czytałam jak miałam z 11-12 lat i od tamtego momentu wkręciłam się w książki. Chociaż i wtedy bardziej interesowali mnie poboczni bohaterowie, to książkę wspominam dość dobrze. Nie twierdzę oczywiście, że była dobra albo ambitna. I nie chciałabym jej przeczytać ponownie. Jednak uważam, że dla tych 11-12 latek to dobry pomysł, bo wtedy jeszcze chce się wierzyć w tą nieskończoną miłość ;)
UsuńNo i właśnie, jeśli robimy coś bo "tak wypada" często wpadamy w schematy, które są nudne i bez polotu. Lepiej jest zrobić po swojemu, nawet jeśli jest to lekkie przekroczenie granic. Dlatego wspomniałam o Sukkubie. Bo czytając tą książkę autentycznie bolały mnie części ciała których nie posiadam. I to ruszało.
Co do anime to nie jest tak, że nienawidzę każdego. Sama w nocy przytulam się do poduszki z Sebastianem z Kuroshitsuji. Jest tylko kilka takich, których nie znoszę. Ale tak chyba można mieć ze wszystkim ;)
Kejt
"Po co sięgasz po 50 twarzy Grey'a, jeśli nie po seks?!"
OdpowiedzUsuńSięgnęłam po to, aby dowiedzieć się jak NIE pisać scen erotycznych. Kopiuj-wklej, oklepane metafory (które po przetłumaczeniu z angielskiego brzmią... bombowo) czy ukochana wewnętrzna bogini odwalająca balet mongolski co ileś stron - na dobrą sprawę Grey pozwolił mi dość krytycznie podejść do literatury... a rozrywki też ciut było... ale zaraz za nią pomór i żałość. Pomijając to, ze na treści fabularnej moje oczy pobiły swój życiowy rekord po "bieganiu po wersach" to faktycznie tą książkę czyta się lekko i przyjemnie. Co prawda byłam zdziwiona, bo znając ten zarys pierwszych rozdziałów to zaczęłam tak dość daleko od początku licząc, ze będzie już coś się dziać... ale kto czytał to wie jak się przeliczyłam. Potem okazało się, że autorka opisuje każdy kęs kanapki pochłaniany przez Anę (?), ale sceny erotyczne leci jak z bata strzelił. Jak ta książka miała zrobić rewolucję seksualną w naszym kraju to obawiam się o jej skutek. Równie dobrze mogli rozpropagować "Miłość w czasach zarazy" Marqueza to by przyniosło więcej pożytku niż utrwalenie tego dziwnego schematu pod tytułem "oszukuje, trzyma mnie na smyczy, a może nawet szturchnie w awanturze... on i tak w głębi serca mnie kocha" (oczywiście nie jest to stricte zaczerpnięte z książki, ale kto nie zna tych toksycznych związków z życia, szczególnie przy naszym dość konserwatywnym, po feministycznemu: patrialchalnym społeczeństwie, gdzie kobietę definiuje się przez mężczyznę z którym jest, bo sama to jest taka półwartościowa)
Trochę się rozpisałam o Greyu, a nie o tym artykuł. W literaturze nie ma tabu, tylko my sobie je tworzymy. Tylko kwestia czy chcemy je na siłę przekraczać. Po Greyu wykluło się mnóstwo opowiadań erotycznych, bo taka moda i powiem Wam, że ten seks był pchany wszędzie... Mimo tego, że to już przekraczało granice biologiczne możliwości tych bohaterów i w ogóle zdrowy rozsądek. Niby był jakiś wątek łączący fabułę... ale to było jeszcze gorsze od tych seksów. Czytelnicy przyklaskiwali, obstawiam, ze autorka z pistoletem przy głowie tego nie pisała... ale naprawdę nie lepiej iść własną drogą i dawkować wszystkie elementy świata wg własnych proporcji.
A na koniec... moje guilty plesure... Wattpad. Ilość g... na cm kwadratowy ekrenu telefony przekracza normę stukrotnie, zresztą... mi te opowiadania się nie podobają, bo ci ludzie nie przestrzegają zasad pisania fanfiction ale zazwyczaj co "lepsze" opowiadanie rozsyłam znajomym. Zabawa przednia. A inną wstydliwą: lubię posłuchać czasami mrocznych lat 80 w muzyce. Chociaż jak wyżej: często hejtuję tę muzykę... ale czasem po prostu muszę usłyszeć "Szeri szeri lejdi".