poniedziałek, 21 września 2015

Bliżej nieba, ale do piekła wciąż niedaleko


Dzisiaj przychodzę do was z książką pod dość ciekawym tytułem „Hellheaven”.

„ – Dlaczego Hellheaven? Dlaczego akurat ta nazwa?
- Bo to miejsce gdzie spotykają się piekło i niebo. (…) Dwaj odwieczni wrogowie.”

Jest to debiut młodej pisarki działającej pod pseudonimem Raven Stark. Po książkę sięgnęłam przypadkiem, moje półki opustoszały, a kolega okazał się być tak dobry, że mi ją pożyczył. Gdyby nie to, wątpię czy by mnie zaciekawiła. Jest to typowa lovestory z elementami paranormalnymi, czyli coś za czym raczej nie przepadam. Jednak powieść punktuje u mnie tym, że napisana jest w języku młodzieżowym – przyjemnym i szybkim w czytaniu. 
Historia nie rozpoczyna się jakoś specjalnie intrygująco. To znaczy zaczyna się bardzo efektownie, podnosi adrenalinę, wzbudza ciekawość czytelnika… Jednak scena kończy się standardowo, jak w wielu fanfiction, a mianowicie sennym koszmarem.
Jednak prawdziwa akcja rozpoczyna się dopiero, gdy Camille – główna bohaterka, niezbyt wyróżniająca się od standardowego schematu pokrzywdzonej przez los, a mimo to zwyczajnej dziewczynki, której współczuć będzie cały świat – poznaje na lekcji historii Maxa – roztaczającego wokół siebie aurę tajemniczości przystojniaka. Maxa, który jest arogancki, niesamowicie szarmancki, irytujący, oraz który z pewnością zostanie ulubieńcem nastolatek.

„ – Można by pomyśleć, że nie przepadasz za historią – mówi cicho Max.
- Niespecjalnie – mruczę. – Przeszłość jest martwa.”

Oczywiście Camille nie trawi chłopaka, który jako jedyny docenił jej ukryte piękno. Dziwnym trafem Max doskonale zna zarówno przeszłość dziewczyny, jak i sprawia wrażenie, że wie o niej więcej niż ona sama. No i oczywiście mówi zagadkami, jakżeby inaczej. Jakby tego było mało, zachowuje się jak jej anioł stróż, jak cień, który jest obok nawet gdy słońce zajdzie za chmury.
Pojawienie się w życiu Camille nowej osoby sprawia, że wszystko po kolei zaczyna się sypać. Najpierw zniknięcie jej przyjaciółki, które w dalszej części książki okazuje się porwaniem. Potem rodzice postanawiają wysłać dziewczynę do internatu. Dają jej godzinę na zamknięcie dawnego rozdziału w życiu, pozbawiają wszelkiej elektroniki, pod pretekstem, że takie są wymogi szkoły, po czym pakują ją do prywatnego samolotu i wywożą niewiadomo gdzie. Camille bez żadnych wyraźniejszych sprzeciwów, co nie wydaje się szczególnie naturalne, przyjmuje to do wiadomości i wykonuje polecenia.
Ostatecznie trafia do Hellheaven. Miejsca, a raczej szkoły gdzie wszyscy są dla siebie uprzejmi, a samo jej imię wzbudza szacunek. W szkole, do której od tej pory uczęszcza nie może oczywiście zabraknąć Maxa, który jest dowodem na to, że faceci także mają okres.
Z czasem bywa tylko gorzej. Camille poznaje wiele przerażających faktów, na temat szkoły, uczęszczających do niej osób, a nawet na własny temat. Jednak sekretów jest więcej i więcej. W jej głowie powstaje mętlik, a czytelnik sam gubi się w poszczególnych wątkach oraz faktach, i naprawdę potrzebuje czasu, żeby skleić to wszystko w sensowną całość.
Książka kończy się… Właściwie to dla mnie nie kończy się wcale. Sprawia wrażenie, że dostaliśmy wadliwy egzemplarz, w którym brakuje ostatniego rozdziału. I gdyby nie fakt, że autorka planuje kolejne dwie części, to czułabym jawny niedosyt, który książka i tak pozostawia.
A teraz jedno bardzo ważne zdanie: „Według mnie.”
Co do elementów bardziej technicznych, w książce zastosowany jest czas teraźniejszy, czyli coś co nie wszystkim odpowiada. Jednak, w miarę czytania, można się do tego przyzwyczaić i nawet nie zwracać na to uwagi.
Powiedziałabym, że język w książce jest nawet amatorskich, choć autorka stara się wpleść w niego bardziej wyszukane słownictwo. Biorąc pod uwagę fakt, że jest to debiut, to jest naprawdę nieźle. Według mnie występują także oklepane zwroty. Wiadomo, że nie wszystko jesteśmy w stanie przekształcić w bardziej „nasze”, a w oceanie pełnym szarości, trudno nabrać kolorów. Tym bardziej tak intensywnych, by ktoś nas zauważył. Ale spróbować zawsze można.
To co bardzo cenię w książkach i co autorka zastosowała, to nie omijanie zwykłych codziennych czynności. Wiadomo, że nie każdemu przypadnie to do gustu, jednak jak dla mnie dodaje to książkom naturalności i realizmu, którego jednak potrzeba – nawet w powieściach, w których występują wątki paranormalne.
Bądźmy szczerzy, jest to książka, której bieg można przewidzieć bez wcześniejszego jej przeczytania. Nie wszystko jest takie oczywiste, jednak główny wątek to nic nadzwyczajnego.
Trudno jest utrzymać zaciekawienie czytelnika przez całą książkę, powyżej zerowego poziomu, a w tym wypadku mogę powiedzieć, że było z tym różnie. Jednak dotarcie do końca było całkiem proste i jak już wyżej wspomniałam przyjemne. Styl pisania także waha się pomiędzy, miejscami starodawnym, a młodzieżowym, lecz nie są to przecież ogromne wady.
Dochodząc do pewnej części książki, nie mogłam się pozbyć wrażenia, że tak naprawdę trzymam w dłoniach „Zmierzch”. Potem były to „Dary Anioła”. Ostatecznie jednak stwierdziłam, że książkę można porównać do „Akademii Wampirów”, pomimo braku tytułowych stworzeń. Oryginalność, to rzecz trudna do osiągnięcia, to trzeba przyznać.
Akcja rozwijała się dosyć szybko, choć autorka na początku skupiła się głownie na rozterkach miłosnych bohaterki.
Po przeczytaniu całości, mogę stwierdzić, że książka nie jest zła, jest nawet bardzo dobra i może osiągnąć spory sukces, biorąc pod uwagę kraj w którym została wydana, czyli naszą ukochaną Polskę. Nie jest ona jednak moim faworytem, więc w mojej skali oceniania dostaje 6 punktów na 10.

„(…) Bo pierwsze kłamstwo, obłudę, zaciemnienie nam oczu jesteśmy w stanie przebaczyć. Ale drugi raz… drugi raz to cios poniżej pasa. To zaprzeczenie wszystkim słowom, obietnicom złożonym przez osobę, przez którą już wcześniej cierpieliśmy. (…)”


Davids

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz