Dzisiaj przychodzę do was z
książką pod dość ciekawym tytułem „Hellheaven”.
„ – Dlaczego
Hellheaven? Dlaczego akurat ta nazwa?
- Bo to
miejsce gdzie spotykają się piekło i niebo. (…) Dwaj odwieczni wrogowie.”
Jest to debiut
młodej pisarki działającej pod pseudonimem Raven Stark. Po książkę sięgnęłam przypadkiem,
moje półki opustoszały, a kolega okazał się być tak dobry, że mi ją pożyczył.
Gdyby nie to, wątpię czy by mnie zaciekawiła. Jest to typowa lovestory z
elementami paranormalnymi, czyli coś za czym raczej nie przepadam. Jednak
powieść punktuje u mnie tym, że napisana jest w języku młodzieżowym – przyjemnym
i szybkim w czytaniu.
Historia nie
rozpoczyna się jakoś specjalnie intrygująco. To znaczy zaczyna się bardzo
efektownie, podnosi adrenalinę, wzbudza ciekawość czytelnika… Jednak scena
kończy się standardowo, jak w wielu fanfiction, a mianowicie sennym koszmarem.
Jednak
prawdziwa akcja rozpoczyna się dopiero, gdy Camille – główna bohaterka, niezbyt
wyróżniająca się od standardowego schematu pokrzywdzonej przez los, a mimo to
zwyczajnej dziewczynki, której współczuć będzie cały świat – poznaje na lekcji
historii Maxa – roztaczającego wokół siebie aurę tajemniczości przystojniaka.
Maxa, który jest arogancki, niesamowicie szarmancki, irytujący, oraz który z
pewnością zostanie ulubieńcem nastolatek.
„ – Można by
pomyśleć, że nie przepadasz za historią – mówi cicho Max.
-
Niespecjalnie – mruczę. – Przeszłość jest martwa.”
Oczywiście
Camille nie trawi chłopaka, który jako jedyny docenił jej ukryte piękno.
Dziwnym trafem Max doskonale zna zarówno przeszłość dziewczyny, jak i sprawia
wrażenie, że wie o niej więcej niż ona sama. No i oczywiście mówi zagadkami,
jakżeby inaczej. Jakby tego było mało, zachowuje się jak jej anioł stróż, jak
cień, który jest obok nawet gdy słońce zajdzie za chmury.
Pojawienie się
w życiu Camille nowej osoby sprawia, że wszystko po kolei zaczyna się sypać.
Najpierw zniknięcie jej przyjaciółki, które w dalszej części książki okazuje
się porwaniem. Potem rodzice postanawiają wysłać dziewczynę do internatu. Dają
jej godzinę na zamknięcie dawnego rozdziału w życiu, pozbawiają wszelkiej
elektroniki, pod pretekstem, że takie są wymogi szkoły, po czym pakują ją do
prywatnego samolotu i wywożą niewiadomo gdzie. Camille bez żadnych
wyraźniejszych sprzeciwów, co nie wydaje się szczególnie naturalne, przyjmuje
to do wiadomości i wykonuje polecenia.
Ostatecznie
trafia do Hellheaven. Miejsca, a raczej szkoły gdzie wszyscy są dla siebie
uprzejmi, a samo jej imię wzbudza szacunek. W szkole, do której od tej pory
uczęszcza nie może oczywiście zabraknąć Maxa, który jest dowodem na to, że
faceci także mają okres.
Z czasem bywa
tylko gorzej. Camille poznaje wiele przerażających faktów, na temat szkoły,
uczęszczających do niej osób, a nawet na własny temat. Jednak sekretów jest
więcej i więcej. W jej głowie powstaje mętlik, a czytelnik sam gubi się w
poszczególnych wątkach oraz faktach, i naprawdę potrzebuje czasu, żeby skleić
to wszystko w sensowną całość.
Książka kończy
się… Właściwie to dla mnie nie kończy się wcale. Sprawia wrażenie, że
dostaliśmy wadliwy egzemplarz, w którym brakuje ostatniego rozdziału. I gdyby
nie fakt, że autorka planuje kolejne dwie części, to czułabym jawny niedosyt,
który książka i tak pozostawia.
A teraz jedno
bardzo ważne zdanie: „Według mnie.”
Co do
elementów bardziej technicznych, w książce zastosowany jest czas teraźniejszy,
czyli coś co nie wszystkim odpowiada. Jednak, w miarę czytania, można się do
tego przyzwyczaić i nawet nie zwracać na to uwagi.
Powiedziałabym,
że język w książce jest nawet amatorskich, choć autorka stara się wpleść w
niego bardziej wyszukane słownictwo. Biorąc pod uwagę fakt, że jest to debiut,
to jest naprawdę nieźle. Według mnie występują także oklepane zwroty. Wiadomo,
że nie wszystko jesteśmy w stanie przekształcić w bardziej „nasze”, a w oceanie
pełnym szarości, trudno nabrać kolorów. Tym bardziej tak intensywnych, by ktoś
nas zauważył. Ale spróbować zawsze można.
To co bardzo
cenię w książkach i co autorka zastosowała, to nie omijanie zwykłych
codziennych czynności. Wiadomo, że nie każdemu przypadnie to do gustu, jednak
jak dla mnie dodaje to książkom naturalności i realizmu, którego jednak
potrzeba – nawet w powieściach, w których występują wątki paranormalne.
Bądźmy
szczerzy, jest to książka, której bieg można przewidzieć bez wcześniejszego jej
przeczytania. Nie wszystko jest takie oczywiste, jednak główny wątek to nic
nadzwyczajnego.
Trudno jest
utrzymać zaciekawienie czytelnika przez całą książkę, powyżej zerowego poziomu,
a w tym wypadku mogę powiedzieć, że było z tym różnie. Jednak dotarcie do końca
było całkiem proste i jak już wyżej wspomniałam przyjemne. Styl pisania także
waha się pomiędzy, miejscami starodawnym, a młodzieżowym, lecz nie są to
przecież ogromne wady.
Dochodząc do
pewnej części książki, nie mogłam się pozbyć wrażenia, że tak naprawdę trzymam
w dłoniach „Zmierzch”. Potem były to „Dary Anioła”. Ostatecznie jednak stwierdziłam,
że książkę można porównać do „Akademii Wampirów”, pomimo braku tytułowych
stworzeń. Oryginalność, to rzecz trudna do osiągnięcia, to trzeba przyznać.
Akcja
rozwijała się dosyć szybko, choć autorka na początku skupiła się głownie na rozterkach
miłosnych bohaterki.
Po
przeczytaniu całości, mogę stwierdzić, że książka nie jest zła, jest nawet
bardzo dobra i może osiągnąć spory sukces, biorąc pod uwagę kraj w którym
została wydana, czyli naszą ukochaną Polskę. Nie jest ona jednak moim faworytem,
więc w mojej skali oceniania dostaje 6 punktów na 10.
„(…) Bo
pierwsze kłamstwo, obłudę, zaciemnienie nam oczu jesteśmy w stanie przebaczyć.
Ale drugi raz… drugi raz to cios poniżej pasa. To zaprzeczenie wszystkim
słowom, obietnicom złożonym przez osobę, przez którą już wcześniej
cierpieliśmy. (…)”
Davids
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz