Kłaniam się w
pas. Jak zwykle Azamer myślał, myślał i nic nie wymyślił, więc można
powiedzieć, że odniósł porażkę. Nic bardziej mylnego! Napisał tekst, z jakimś
tam przekazem (jemu tylko znanym). Okrzyknięto go homofobem i chamem. Dlaczego?
Bo starły się tutaj dwie wielkie siły, o których dzisiaj porozmawiamy. Oczywiście
powyższy przykład jest wyssany z palca. Jeszcze nikt po moich tekstach nie
podniósł wrzawy (choć mógłby).
Zacznijmy od
autora. Siedzi sobie biedaczek w zakurzonej bibliotece i przeprowadza badania. Przynajmniej
powinien to robić zanim siądzie do pisania. Szpera, szuka, kompiluje. Z
rozmysłem modyfikuje pewne elementy, skupia się na konkretnych treściach. Posiada
wysokie kompetencje językowe oraz wiedzę na temat podłoża kulturowego. Ponadto
zna treści mitologiczne i schematy podróży herosa, na czym opiera swój pomysł.
Statystyczny
(nienawidzę tej nauki, bo statystycznie zarabiam trzy tysiące złotych… Gdzie
moje pieniądze?) czytelnik bierze do ręki taką książkę i… zamiera. Widzi pełno
nawiązań, analogii, metafor. Czuje niepokój, jednak podświadomie potrafi
wskazać elementy metaforyczne. Mówimy tutaj o intuicji. Oczywiście im bardziej
kompetentny czytelnik tym mniej polega na intuicji. Intuicja w tym wypadku
bierze się z ogólnych wiadomości, którymi jesteśmy bombardowani kulturowo
(popkulturowo zwłaszcza).
Postawię więc
pytanie: czy istnieje zatem odbiorca idealny? Ktoś potrafiący odczytać tekst w
stu procentach? W Internetach można przeczytać, że odbiorca idealny to autor
przed przelaniem myśli na papier. To chyba najlepsza definicja kogoś, kto tak
naprawdę nie istnieje. Choćbyśmy analizowali tekst słowo po słowie, zawsze
znajdzie się coś, czego nie jesteśmy w stanie wyjaśnić lub odebrać tak, jakby
pragnął tego autor.
Któż zatem ma
większe pole do popisu przy interpretacji tekstu? Czytelnik kompetentny czy
statystyczny? Zależy wyłącznie od wyobraźni i odczuć. A czy czytelnik
statystyczny nie będzie czerpał przyjemności z lektury? Oczywiście, że będzie,
jednakże jedynie na poziomie fabularnym. Podświadomie będzie czuł w tym tekście
coś więcej, coś, co najpewniej zmusi go do poszukiwań, tym samym zwiększając
jego kompetencje. Przecież nikt nie lubi ukrytych drzwi, które podświadomie
wyczuwa, prawda?
Wróćmy do
autora. Pewnie wielu z was gnębi teraz pytanie (a może tylko pojawiło się
wyłącznie w mojej głowie), czy można tworzyć bez szeroko zakrojonych badań. Oczywiście,
że tak. Wszelkie metafory i analogie są już w nas. Każdy posiada podłoże
kulturowe, w którym się wychował. Z mitów znamy głównie greckie, prace
Heraklesa są dla nas inspiracją, każdy je zna i potrafi rozpoznać w tekście.
Jak pojawia się w tekście mowa o dwunastu czynnościach, uśmiechamy się pod
nosem. Znaleźliśmy klucz. Dodatkowy smaczek.
W końcu
książki, poza oczywistą wartością edukacyjną, mają głównie (według mnie)
przynosić przyjemność. Ale tu już wkraczamy w sferę indywidualnych oczekiwań
odnośnie literatury. Wracamy. Jako pisarze nie możemy uciec od przeczytanych
myśli, używanych metafor i nawiązań. Czynimy to podświadomie. Gruntowne badania
w tym aspekcie mogą jedynie (i aż) sprawić, że tekst będzie przemyślany i czasami
puści oczko w stronę odbiorcy.
Osobiście nie
zależy mi na tym, by moje teksty najeżone były metaforami i nawiązaniami. Wiecie,
by stały się literaturą, od której czytelnik odbije się niczym bumerang od
słonia (porównanie z tyłka). Wolę delikatnie zaznaczyć swą wiedzę, mieszać
powszechnie znajome elementy z informacjami, które wyszperałem. I chyba na początek
jest to najlepsze wyjście. Tak przynajmniej sądzę. W końcu małymi kroczkami
wytrwali wylądują na księgarnianych półkach.
Pozytywnie
nastawiony, motywacyjny trener, Azamer
Też wróciłam zmęczona z wydziału! Ale tak nawet serio... ale nieważne.
OdpowiedzUsuńPodjąłeś temat, który już parę razy wiercił mi dziurę w brzuchu. Ostatnio zresztą też wrócił po czytaniu takiego... "dziwadła" w pozytywnym sensie. Na wattpadzie (ogólne okropieństwo dla kogoś w jakiś sposób otrzaskanego z literaturą i pisaniem) znalazłam "opowiadanie" dziewczyny, która w pierwszej osobie pisze coś w stylu strumienia świadomości osoby chorej psychicznie. Ale nie jest to taki mejnstrimowy drący japę wariat, ale cudowny (i dość realistyczny) przebieg myślenia osoby chorej, która skacze z jednej kwestii do drugiej jakimiś dziwnymi połączeniami, bawi się słowami i... nawiązuje bardzo do Witkacego i Bursy. Powiem, że moje serce się raduje przy czytaniu i od razu napisałam do niej, że tu widzę takie nawiązania i ona mi odpisała że W KOŃCU ktoś to zauważył, bo jedyne komentarze jakie dostaje to "dawaj next" czy coś w ten deseń. Może to kwestia edukacji (gdzie klasy ścisłe niech znają w ostateczności Mickiewicza i Słowackiego, by ogarnęli jak im na maturę wrzucą improwizację albo wybieranie mrówek spod kiecki Telimeny, a klasy humanistyczne... na dobrą sprawę tak samo w najgorszym wypadku). By nie udawać omnibusa to powiem inny przykład, że dość sportowo czytam kryminały i staram się nie wiązać logicznie tego co autor ukazuje, by za kilkanaście stron walnąć się w czoło i powiedzieć "no, k*** faktycznie" , a obstawiam, że ktoś bez problemu to rozgryzie i jeszcze doda, że autor się gdzieś pomylił. Tak samo czytam czasami coś klasycznego i widzę, ze ten stężały od x lat autor puszcza mi oko, a ja nie wiem o co mu chodzi, więc tylko przytakuję, obracając na nową kartkę,
Staram się, by moje teksty dało się przeżyć bez chłodnego ręcznika na głowie, ale czasem takie nawiązania bywają nieuniknione. Po prostu sama się nasuwa. Chyba, że o taki efekt mi chodzi (w parodystycznej wersji moje alterego opowiada o konflikcie Przybyszewski/Kasprowicz przy obiedzie).
Co do czytelnika... nie wymagam wyłapywania wszystkich moich nawiązań... tak się nie da, ale naprawdę, chciałabym wiedzieć, że to, że czyta moje wypociny nie jest jedynym jego obcowaniem z kulturą od jakiegoś czasu i w przeszłości dotknął czegoś klasyczniejszego i bogatszego.
Dasz może adres do tej pracy na wattpadzie? :)
UsuńOsobiście staram się stosować takie nawiązania, które wiem, że zostaną wyłapane przez moich odbiorców. Jako iż piszę dla specyficznej grupy osób, które hmmm jako tako znam (i ich preferencje czytelnicze) mogę znacząco ich urabiać. I zawsze usłyszeć pozytywną opinię, chyba że eksperymentuję. Ale do rzeczy. Pokazywanie swojej erudycji w tekście jest "moim zdaniem" jedynie, lub aż, grą w szachy z czytelnikiem. Im więcej nawiązań, tym partia staje się bardziej skomplikowana i wymagająca. Współcześnie mamy do czynienia raczej z grą w warcaby jeśli chodzi o tę kwestię... Niestety współcześnie nie ma też tych, hmmm, literackich dowcipów i specjalnych nawiązań, tekstowej polemiki. Chodzi mi tu na przykład o wojnę między autorami, którzy stosują karykaturę lub groteskę w postaciach autora nielubianego. Bardzo mi się spodobało stwierdzenie, że autor puszcza ci oko, a ty przytakujesz i przewracasz stronę. Coraz mniej zastanawiamy się nad tymi (pojęcie z gier) easter eggami, czyli ukrytymi smaczkami :) W swych tekstach musisz oczywiście również wziąć pod uwagę grupę odbiorców, dla których piszesz. Zawsze znajdzie się ktoś, kto "zajarzy" i poskłada w całość przytoczone elementy. Chociaż też nie można popadać w skrajność bowiem literatura może być okropnie intertekstualna i nie można szukać nawiązań tam, gdzie ich nie ma. Pozdrawiam, Azamer.
UsuńOpowiadanie o wariacie nazywa się dokładnie "mainstreamowe opowiadanie o szaleńcach" autorka: aborcja.
UsuńKontynuując:
Jeśli piszemy dla kogoś to jest całkiem inaczej, bo podświadomie nawiązujemy zarówno do ich "upodobań kulturalnych" jak i do naszych relacji. Kiedy rzucamy dzieło na głęboką wodę to po już takie losowanie kto to przeczyta i kto co zrozumie,
A co do oczek, jajek niespodzianek i tym podobnych w książkach już tego nie ma głównie z powodu spadku czytelnictwa. Jeśli istniałby otwarty konflikt między autorami to wcale ludzie nie kwapiliby się do czytania zakamuflowanej obrazy w książce, tylko poczekali aż na Pudelku pojawią sie pod nagłówkiem "dwóch literatów zwyzywało się od sprzedajnych sk******** "
Takie czasy :/
UsuńDziękuję za namiary.
Dużym problemem jest też, jak wspomniała przedmówczyni, różnica czasu. Rzeczą oczywistą jest, że przyjemniej i z większym zrozumieniem czyta się dobre książki współczesnych autorów, niż tych... sprzed lat? Tak ich nazwijmy. Jestem w gimnazjum i wziąłem się za "Pana Tadeusza" i gdyby nie Pigoń, epopeję tę zrozumiałbym w 20% maksymalnie.
OdpowiedzUsuńMyślę jednak, że nie ważne, jak komunikatywnym językiem pisałby autor, ani, jak prostą symbolikę zastosuje, nigdy żaden czytelnik nie zrozumie całkowicie autora. Każdy jest inny, toteż nie ma w tym niczego dziwnego. Jak to świetnie ująłeś, liczy się wyobraźnia i wrażliwość na pewne rzeczy.
Ta różnorodność w interpretacji może być jednocześnie piękna i uciążliwa. Uciążliwa zwłaszcza gdy czytelnik (nawet ten kompetentny) nie do końca wie, o co autorowi chodziło. Różnorodność interpretacji może też w pozytywnym świetle postawić autora. Książka, z której każdy wyciągnie coś innego, bliskiego sobie zasługuje na miano arcydzieła. Wiesz, nie łatwo jest napisać coś podobnego.
Na początku chciałbym powiedzieć coś, co od razu pojawiło się w mojej łepetynie, po przeczytaniu Twojego komentarza. Jak na tak młody wiek masz już nieźle wykształcony styl i chylę czoła w tym aspekcie. Interpretacja, o której wspomniałeś, to osobna kwestia. Nieraz naprawdę nie ma sensu szukać drugiego dna i należy po prostu przyjąć dane zdanie, sformułowanie dosłownie. Niekiedy zdaje mi się, że im więcej przeczytam tym bardziej popadam w swoiste skrzywienie. Zestawiam ze sobą podobne teksty i być może wyciągam błędne wnioski. Ale to oczywiste zagrożenia i pułapki, które literatura rzuca nam pod nogi. Najlepszą radą jest chyba tutaj zdawanie się na czytelniczą intuicję. Pozdrawiam, Azamer.
UsuńDziękuję. :)
UsuńRzeczywiście, też zauważyłem coś podobnego. Ale to z kolei też jest ciekawe zjawisko. Jeżeli "nadinterpretujemy" jakąś książkę, która w rzeczywistości je prosta, bez drugiego dna to wychodzi na to, że autor przez przypadek popełnił książkę ambitniejszą niż chciał :)
Pamiętam, jak się cieszyłam, kiedy u mojego brata usłyszałam fragment piosenki Eldo - Przylądek Milczenia:
OdpowiedzUsuń"Gdzieś pogubiliśmy się
Nie pomogła mam Ariadna
A każdy zakręt w labiryncie
Prowadził do Minotaura".
Spojrzał się na mnie dziwnie, dopiero musiałam mu wyjaśniać, że po prostu podoba mi się odniesienie do mitologii. Nie spodziewałam się tego po piosence hip-hopowej.
Albo w piosence Pawbeats - Euforia - "Jan Grenouille, już wiem, czym ta branża pachnie". Ja skojarzyłam (i dało mi to mnóstwo radości!), mój brat nie. Nie wydawał się w ogóle zaciekawiony wyjaśnieniem. Także zgodzę się z autorem tekstu, że z takimi dodatkami trzeba ostrożnie. Kto załapie, ten się ucieszy, ale ktoś zawsze może nie zrozumieć i olać. Wydaje mi się więc, że odniesienia powinny być jak najbardziej gładko wplecione, aby wilk był syty i owca cała.