Jestem. Nie
będę prosił o wybaczenie. Po trzech wspólnych latach odeszła ode mnie osoba,
którą darzyłem silnym uczuciem. Wypiłem cysternę wódki, rozmawiałem z wieloma
osobami, myślałem. Powróciłem, zmartwychwstałem, jestem. To tyle słowem wstępu.
Nie chcę pocieszenia. Więc dlaczego to piszę? Chciałbym po prostu żebyście
wiedzieli. Żebym nie bym anonimowy.
Dobra kończ
waćpan te smutki, bo sam masz tego dość a co dopiero twoi czytelnicy. Jeszcze
raz: Witam was moi mili w ten poniedziałkowy (lub obojętnie kiedy to czytacie) poranek!
Dzisiaj chciałbym poruszyć kwestię, którą każdy z was, w pewnym etapie swojego
życia musiał przetrawić. Tak, będzie o szkole. I wiem! Część z was przyszła właśnie
ze szkoły i teraz ma czytać o szkole? Litości! Spokojnie, będzie o dydaktyce.
Na początku
gimnazjum dostałem wspaniałego nauczyciela. Człowieka, który zmienił moje
rozumienie języka polskiego i literatury na resztę życia. Na pierwsze zajęcia
przyniósł magnetofon, puścił Scorpionsów i powiedział: Witajcie na mojej
planecie! Zaczęła się prawdziwie szaleńcza jazda. Niestety po pewnym czasie
cukrzyca uniemożliwiła mu dalsze prowadzenie zajęć.
Jednakże
nauczyłem się od niego wielu rzeczy: przede wszystkim podejścia do
rzeczywistości, szacunku do książek oraz tego, że literatura (choćby nudna)
wcale nie musi być nudna. Wiem, pewnie powiecie, że w „dzisiejszych czasach”
takich nauczycieli ze świecą szukać. Może i macie rację. Ja miałem szczęście.
Poszedłem na
studiach na specjalizację edytorską – z zamiarem pracy przy edycji i składzie
książki. Ogólnie praca w wydawnictwie. Nie chciałem iść w stronę
nauczycielstwa. Nie chciałem uczyć małych szkrabów, niesfornych gimnazjalistów
czy schematycznych maturzystów. Nie mam do tego cierpliwości. Nagle promotor
wziął mnie z zaskoczenia i mówi: Poprowadzi pan za tydzień zajęcia z literatury
popularnej.
Dobra,
przygotowałem się, w dodatku byłem trochę podziębiony, ale chciałem by wyszło
jak najlepiej. Stres z tym związany był większy niż się spodziewałem. Mówiliśmy
o grach, awatarach, typologii świata fantasy. I doskonale się przy tym bawiłem.
Wymienialiśmy poglądy, opinie, rewidowaliśmy mity. Na zasadzie partnerstwa. Na
szczęście wraz z uzyskaniem tytułu magistra nie włożyłem sobie mentalnego kija
w tyłek i nie zacząłem być „ą”, „ę”. Wiecie o co mi chodzi.
W gruncie
rzeczy nie spodziewałem się, że może mi to przynieść tak wiele radości. Wymaga
to oczywiście masy pracy, przygotowań. W końcu powinienem rozwiać ich
wątpliwości w razie pytań. Lub zakręcić zajęcia tak, by nikt nie wiedział co jest
pewne, a co takie nie jest. Mam wiele pomysłów na ciekawe zajęcia!
W następnym
tygodniu poproszono mnie o prowadzenie zajęć z teorii literatury. Pełno nazwisk
badaczy, teorii, filozofii. Czy takie zajęcia można poprowadzić w ciekawy
sposób? Zastanawiałem się… Wypisałem sobie najważniejsze do przekazania
informacje, okrasiłem je dygresjami i anegdotami. Z inną grupą, starszą,
współpracowało mi się równie dobrze. Czy odnalazłem nową pasję? Być może.
Ale
przynudzam, mógłbym tak pisać w nieskończoność. Nauczyciele są różni, ja tylko
napisałem pokrótce moje odczucia na ten temat. Nie lubię działania
schematycznego, wypisanego punkt po punkcie. Wolę zorganizowany chaos, dyskusję,
działania oparte na szacunku i równości. Z drugiej strony wiadomo: nie można
przegiąć z luzem. Grupa się rozbestwi, autorytet spadnie. Klapa.
Kończę, moi
drodzy. Chciałbym byście w sekcji komentarzy napisali, czy mieliście
wspaniałych nauczycieli, jak oceniacie ten zawód. Z czym on się wiąże? Może
wasze odczucia, czy bylibyście dobrymi nauczycielami. Tymczasem ja uciekam, idę
pisać, pisać i jeszcze raz pisać! Oraz, oczywiście, przygotowywać się do zajęć.
Miłego poniedziałku.
Górnolotnie
swobodny nauczycielski Azamer
Hej hej :)
OdpowiedzUsuńPo pierwsze to dzięki za komentarz na blogu. Muszę przyznać, że wywołał uśmiech (zwłaszcza nawiązanie do wspomagaczy :P). I od razu pomyślałam, żeby tu wpaść - z nadzieją, że wreszcie jest nowy post. No i się nie zawiodłam :D
Dobra, skupmy się na poście... Wydaje mi się, że było w moim życiu kilku takich nauczycieli, którzy potrafili przekazać coś uczniom po swojemu, tak, żeby zainteresować. Ale najbardziej chyba utkwią mi w pamięci lekcje hisu z drugiej liceum. Nasza cudowna nauczycielka postanowiła przeprowadzić eksperyment - na każdej lekcji ktoś inny puszczał swoją muzykę. Oczywiście na ochotnika. Jak zawsze kiedy przyszła kolej na mnie, co najmniej pół klasy łącznie z nauczycielką było w szoku, że słucham rocka i metalu (bo podobno "nie widać xD)... Bardzo przyjemnie się uczyło w takiej atmosferze, od razu inaczej było, aż sięcchciało do tej szkoły chodzić ^^
Bycie nauczycielem to na pewno duża odpowiedzialność. Patrząc na mnie nie powiedziałbyś raczej, że to mój żywioł, a jednak wydaje mi się, że mogłabym się do tego nadawać :D zważywszy na to, że dość regularnie nawet pomagam znajomym z matmą i nawet o dziwo przynosi to jakieś efekty, bo potrafią przyswoić to, co usiłuję im wytłumaczyć, to chyba jest nadzieja :P Nie jestem pewna, czy chciałabym to robić w przyszłości, choć daje to jakąś satysfakcję. W każdym razie na pewno byłabym niekonwencjonalna i starała się jakoś urozmaicić życie uczniom xD Pewnie szybko mieliby mnie dość, taki już mój (wątpliwy) urok :P
Cóż więcej mogę rzec... Dobry post. Fajnie było znów Cię poczytać :) Pisz, pisz, weny życzę i do następnego ;)
Proszę się nie śmiać... ten komentarz już prawie tydzień "przeleżał" mi na dysku, bo pisałam komentarz, rozłączył mi się internet, a potem to już musiałam wychodzić na zajęcia, więc tak wyszło...
OdpowiedzUsuńChyba troche nadwyraz łączysz zawód wykładowcy/ćwiczeniowca na uczelni i nauczyciela w szkolach niższych. Bo akurat uniwerki są tak specyficznym miejscem, że możesz mniej więcej skupić się na tym, co lubisz... i z pewnością znajdzie się ktoś, kto podzieli te zainteresowanie, a przynajmniej nikt nie będzie na ciebie patrzył głupio na prezentacji i nie bedzie sobie mruczał pod nosem "co to za farmazony" (przytrafiło mi się to osobiście w liceum, kiedy mówiłam o teorii "czystej formy").
Szkoła... no cóż... pomijając fakt, że gonisz program, to jeszcze użerasz (tak!) się z ludźmi, którzy kręcą nosem na każdą zadrukowaną literami kartkę. W tym tłumie ludzi, ktorych pewnie zainteresowałaby jedynie instrukcja obsługi łopaty, znajdzie się ktoś, kto lubi język polski, ksiązki itd. I tyle. Ale nie możesz skupić się na tej wartościowej osobie tylko trzeba wyciągać tych gorszych, by na maturze wiedzieli chociaż co napisał jedyny słuszny i kochany przez Polaków poeta litewski Mickiewicz i w jakiej epoce + nauczysz go na temat literatury II wś w nadziei, że temat wypracowania da wcisnąć jakiegoś Baczyńskiego, "Pianistę" Polańskiego albo "Medaliony".
Jako, że chodzilam do nieszczególnie wybitnego liceum to u nas tak wyglądało. i jestem pewna, że w niejednej tak jest.
Miałam świetną nauczycielkę w gimnazjum, dzięki czemu odczarował mi się ten przedmiot i wróciłam do pisania. Pozwalała mi na dużą swobodę i pisanie poza schematami. Niby niewiele, a jednak.
A ja... raczej byłabym słabym nauczycielem. Bo nie lubię ignorantów. A większość społeczeństwa ma awersję do książek, sztuki i myślenia abstrakcyjnego.
Przykre.
Wspaniali nauczyciele?
OdpowiedzUsuńPrzychodzi mi do głowy tylko jeden. Nauczyciel Przysposobienia Obronnego. Uwielbiałam jego lekcje, jak zresztą chyba cała klasa. Nie mówił suchej teorii, tylko pokazywał ją w praktyce. Kazał na przykład przynieść bandaże, a potem je wiązać na ręce kolegi/koleżanki. Zabrał nas nawet na strzelnicę! Było cudownie.