Ostatnio
oddałem na ręce mojej promotorki pracę magisterską, więc z czystym sumieniem
mogę pofilozofować. Dawno mnie nie było ze względu na wspomnianą przeklętą,
piekielną pracę, którą musiałem skończyć. Cóż, jako głupiec idealista goniący
za marzeniami, pragnę rozwijać swoje pasje – idę na doktorat z tematem o wizji
świata postapokaliptycznego w literaturze. Zastanawiam się czy nie zmienić na:
„w kulturze”, wtedy mógłbym wziąć jeszcze film i np. przedstawienia teatralne.
Tak czy siak 9 lipca bronię magistra, proszę wszystkich o trzymanie kciuków J.
Do rzeczy,
temat na ten post narodził się podczas jednej z pogawędek z przyjacielem.
Mówiliśmy właśnie o pracy dyplomowej i spytał się czy jestem z niej zadowolony.
Odparłem, że tak na 70%. I tu właśnie pojawiła się następna myśl: czy z
jakichkolwiek swoich tekstów jestem zadowolony na sto procent? Czy napisałem
coś takiego, co w moim mniemaniu, byłoby perfekcyjne? Oczywiście, że nie.
W takim razie
trzeba by znaleźć najlepszy tekst, zbliżony do doskonałości, i zacząć nanosić
poprawki. I tutaj pisarz może wpaść w jedną z zastawionych przez życie oraz
jego fatum, pułapek. Niekończący się ciąg poprawek, ciągłe siedzenie nad jednym
tekstem w dążeniu do doskonałości jest zapędzeniem się w ślepą uliczkę i
zmarnowaniem czasu, który mógłby być wykorzystany na napisanie nowego tekstu.
Przyznam się,
że rzadko kiedy, pod względem fabularnym, poprawiam swoje teksty. Jedyne co
robię to ponowne przeczytanie wysmażonego dziadostwa i wprowadzenie delikatnej
korekty. W końcu jak nie ten, to inny tekst będzie zbliżony do doskonałości.
Może innym zarysem fabularnym odniosę sukces? Oczywiście poprawiam takie błędy
jak nieścisłości w fabule, ale w stopniu nieznacznym, byle by tylko zawrócić
tekst na ścisłe tory logiki (taaaa, przy fantasy wspominać o logice).
Jako autorzy i
tak nie dostrzegamy własnych błędów, bowiem po napisaniu tekstów jesteśmy
niczym matka, która właśnie urodziła dziecko – nie dostrzegamy wad, bowiem jest
to nasz ukochany potomek, coś, co po nas zostanie. Dochodzimy tu więc do
kwestii opinii innych osób. Czy wspomniane przez nich błędy są warte
poprawienia? A może się nas czepiają i chcą zniszczyć naszą fabułę, byśmy nie
odnieśli sukcesu? Albo po prostu chcą własne fantazmaty przenieść na nasz
tekst, a sami nie chcą niczego napisać. Paranoja? Jak najbardziej.
Opinia innych,
choć cenne narzędzie w kształtowaniu naszego tekstu, może doprowadzić nas do
ciągłego myślenia i zastanawiania się nad elementami, które nie wymagają już
poprawek. Czy więc pisanie dla innych, a tym bardziej „pod innych”, często
prowadzi do zmęczenia i wypalenia. W końcu najważniejsze jest aby samemu
czerpać przyjemność ze swej pracy. Jeśli ty będziesz się cieszyć, to na pewno
znajdą się osoby, którym twoja twórczość również będzie sprawiać przyjemność.
Ale nie mówię,
pisanie dla innych tez jest pewnym źródłem motywacji. Jak dla mnie nie ma nic
lepszego, niż zobaczenie uśmiechu na twarzy moich znajomych, gdy czytamy
wspólnie nasze teksty. Jednakże, najczęściej śmieją się przy nieodpowiednich
wątkach, ale to szczegół. Zawsze sprawia to przyjemność, ale według mnie nie
jest odpowiednio silnym bodźcem do zostania pisarzem. Prometeizm wiecznie żywy,
lecz pisanie fabuł pod uśmiech innych sprawi, że zamknę się w pewnej niszy wpasowującej
się w gust paru osób. A co z resztą?
Dogodzić
wszystkim nie można, szczególnie w moim przypadku, moją osobę i twórczość albo
się kocha, albo nienawidzi. Nie ma pośrednich uczuć. Nie dążę również do
perfekcji, jest to bowiem bez sensu. Po co miałbym być doskonały (co jest
niemożliwe) skoro czerpię przyjemność z poznawania siebie, swoich przywar,
zalet itp.?
Dobra, kończę,
bo zaczynam gadać od rzeczy, ale lecą w konkluzję: Nie piszcie dla innych,
jakkolwiek egoistycznie by to nie brzmiało, piszcie tylko i wyłącznie dla
siebie. Jeśli komuś nie podoba się wam odpowiadająca fabuła to chędożyć go! Po
co poprawiać coś dla innych skoro w twoich oczach jest to bliskie perfekcji? Pamiętajmy,
że mamy tylko jedno życie i raczej brak czasu na poprawki J.
Pozdrawiam,
fabularnie niezmienny i filozoficznie pokrętny, Azamer.
Witam, tradycyjnie już :)
OdpowiedzUsuńCóż, nie wiem, czy znalazłbyś jakiegokolwiek pisarza, czy to domorosłego, czy z prawdziwego zdarzenia, który po napisaniu i "oddaniu do użytku" czegoś nowego z pełnym przekonaniem powiedziałby Ci, że jest całkowicie zadowolony ze swojego dzieła. Owszem, każdy chyba cieszy się, kiedy coś w miarę sensownego stworzy, a tym bardziej, jeśli jest to dobrze odebrane przez czytelników. Nie zmienia to jednak faktu, że zawsze pozostaje pewien niedosyt, jakieś poczucie, że mogłeś zrobić to inaczej, może lepiej.
Ze swojej strony mogę powiedzieć tyle - choć zawsze uważnie słucham, co czytelnicy mają do powiedzenia na temat przeczytanych tekstów mojego autorstwa, to uważam, że nie ma sensu ich poprawianie. Staram się rozwijać z każdym kolejnym tekstem, z nadzieją, że będzie on lepszy i bardziej dopracowany, zamiast oglądać się wstecz i zastanawiać, co mogłam zrobić lepiej i dlaczego tego nie zrobiłam w tym konkretnym wypadku.
Zawsze cieszą mnie wyrazy uznania czy pochwały, ale jakoś nie stanowią one szczególnej motywacji. Żeby coś pisać, muszę to poczuć, więc zdecydowanie piszę dla siebie, nie pod publikę. A że czasem komuś się to spodoba, tym lepiej :)
Widzę, że masz podobne podejście do mojego - można kochać albo nienawidzić, bez półśrodków :D Jeszcze na koniec to słownictwo rodem z "Wiedźmina"... ^^
Nie ma ludzi idealnych, to oczywiste. Na świecie byłoby wtedy nudno :P Można się starać, ale bez przesady - żyj i daj żyć ;)
Życzę powodzenia w lipcu ;) No i weny, naturalnie :)
Czekam na kolejne posty i pozdrawiam ;)
Nie da się stworzyć perfekcyjnego tekstu. Zawsze znajdzie się choć jedna osoba, która skrytykuje.
OdpowiedzUsuń„Czy wspomniane przez nich błędy są warte poprawienia?” - Można posłuchać rad, ale i ta ostateczna decyzja, czy je uwzględnić, należy do autora.